Wenecja – Królowa Adriatyku, Najjaśniejsza (Serenissima), dostojne i dumne miasto usytuowane na wodzie, na lądzie dosłownie wykradzionym morzu. Każdego roku przyciąga tłumy turystów, by później roztoczyć nad nimi swój blask, rozkochać sobie i nie dać o sobie zapomnieć na długi czas. Bez wątpienia to miasto to potrafi. Przyznam, że osobiście mam z Wenecją pewien problem – kocham je na odległość, kiedy o nim czytam lub oglądam zdjęcia, mam ochotę natychmiast spakować walizkę i popędzić na samolot, żeby przemierzać nietypowe ulice i pokonywać rozpostarte nad kanałami mosty, ale kiedy już dotrę na miejsce, jeszcze szybciej chcę wracać do domu, dopada mnie irytacja i nie umiem cieszyć się pięknem i wyjątkowością Najjaśniejszej. Zanim wielbiciele Wenecji mnie zlinczują postaram się wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje.

Do tej pory odwiedziłam Wenecję dwa razy. Po raz pierwszy zimą w 2017 roku, wybrałam się tam na jeden dzień, kiedy akurat rozpoczynał się słynny wenecki karnawał. Bardzo chciałam to zobaczyć na własne oczy, ale niestety wybór terminu okazał się totalnym niewypałem i głównym błędem jaki popełniłam. Ceny noclegów w mieście, w tak atrakcyjnym turystycznie okresie są dosłownie kosmiczne i zmuszona byłam szukać lokum gdzie indziej, a do Wenecji przyjechać pociągiem na jeden dzień. I to był kolejny mój błąd, bo nie sposób poczuć wyjątkowy klimat Serenissimy. Dodatkowo przeciskanie się w tłumie wąskimi uliczkami nie pozwalało mi w pełni dostrzec i docenić wszystkich walorów miasta (o tej wizycie pisałam tutaj). Do powrotu zbierałam się prawie 5 lat. Okazja trafiła się w zasadzie sama – korzystna cena biletów, odpowiadający termin i zamroczenie covidowe zadecydowały za mnie 😉. Tym sposobem w styczniu 2022 roku miało miejsce moje kolejne spotkanie z Wenecją. Tym razem jednak nie miałam w planach zwiedzania NICZEGO, a jedynie spacery uliczkami najciekawszych dzielnic oraz wysp laguny – po świeżo przebytym zakażeniu szalejącym wówczas koronawirusem, musiałam mierzyć siły na zamiary i zachować zdrowy rozsądek. To miała być druga szansa, powolne zapoznanie i odkrywanie uroków miasta, bez pędzenia za tłumem i odhaczania najpopularniejszych miejsc, choć majaczyły mi w głowie pewne pomysły, ale ich realizację uzależniłam od swojego samopoczucia. I co najważniejsze – bardzo chciałam nocować w historycznej części miasta, żeby nie musieć dojeżdżać codziennie np. z Mestre. Miałam świadomość, że nie jest to najbardziej budżetowa opcja, ale nie o to chodziło. Chciałam poczuć klimat Wenecji nie tylko, kiedy jest zatłoczona przez jednodniowych turystów, ale także cieszyć się jej spokojem i ciszą wieczorem, przechodząc niemal pustymi ulicami i mostami przecinającymi kanały.


Nocleg zarezerwowałam w popularnej, choć położonej nieco poza najpopularniejszym szlakiem dzielnicy – Cannaregio. To właśnie tutaj w XVI w. powstało pierwsze na świecie getto żydowskie. Dziś jest to przede wszystkim historyczna dzielnica robotnicza, w której można obserwować codzienne życie mieszkańców. Spokojny rytm i bliskość dworca kolejowego stanowiły dla mnie ogromny atut. Przemierzając niespiesznie uliczki tej części miasta, spotykałam nieliczne grupy turystów, równie leniwie spacerujących w promieniach styczniowego słońca.


Z premedytacją starałam się omijać najpopularniejsze wśród zwiedzających trasy, chociaż miejsc popularnych i instagramowych nie udało mi się uniknąć i jak wspomniałam wcześniej, miałam kilka pomysłów w głowie. Jednym z takich miejsc była Libreria Acqua Alta położona w dzielnicy Castello. To miejsce rzeczywiście wyjątkowe, gratka dla wielbicieli książek i lokalizacji nietuzinkowych. Książki są tutaj porozkładane dosłownie wszędzie – na regałach, w łodziach, na postawionej w samym środku gondoli, a zniszczone przez wodę egzemplarze ułożone są na zewnętrznym dziedzińcu, tworząc schody, po których można się wspiąć i wyjrzeć przez otaczający mur lub zrobić sobie na nich pamiątkowe zdjęcie (z czego liczni odwiedzający korzystają). Klimat miejsca przypomina raczej antykwariat niż elegancką księgarnię, ale trudno go poczuć przez wszechobecny tłum i konieczność szybkiego przemieszczania się w ogonku turystów. Szkoda, bo uwielbiam antykwariaty i zawsze chętnie wyszukuję w nich trudno dostępne perełki.



Ponieważ w Wenecji miałam spędzić sporo czasu, a nie bardzo chciałam zostawać w mieście, jeden dzień postanowiłam poświęcić na odwiedzenie popularnych wysp laguny – Burano i Murano. Wiedziałam, że są to miejsca doceniane przez turystów, ale liczyłam, że wśród kanałów i licznych uliczek uda mi się jakoś od nich uciec i spędzić kilka cichych chwil sama ze sobą. Z samego rana wyruszyłam na najbliższy przystanek Vaporetto, którym miałam dostać się do celu.
Burano to niewielka wyspa słynąca z ręcznie dzierganych koronek. Miłośnicy tego rękodzieła mogą poznać jego historię w tutejszym Muzeum Koronkarstwa. Jednak najbardziej rozpoznawalną i przyciągającą turystów atrakcją czyniącą wyspę prawdziwie malowniczą, są tutejsze domy, pomalowane na jaskrawe kolory. Zapewne kojarzycie pocztówki z Burano, a na nich rzędy położonych nad kanałami budynków w kolorach soczystej żółci, głębokiego błękitu czy niemal ognistej czerwieni. Takie rozwiązanie nie miało na celu uczynić tego miejsca bardziej uroczym, ale miało swój wymiar praktyczny – ułatwiało rybakom odnalezienie domu podczas mgły często spowijającej wyspę.
Smakosze, w szczególności wielbiciele słodyczy, również znajdą tutaj coś dla siebie. Na Burano bowiem wypieka się kruche ciasteczka: bussolai (okrągłe) oraz esse (w kształcie litery S). Ich zapach przyciągnął mnie do niewielkiej piekarni nad jednym z kanałów. Oczywiście zakupiłam kilka sztuk, które później posłużyły mi za drugie śniadanie zjedzone niespiesznie podczas odpoczynku na niewielkim placyku, którego nie odnaleźli inni turyści. Intuicja mnie nie zawiodła – pomimo popularności malowniczej wysepki jej zwiedzanie nie było uciążliwe, a dość duża grupa, która przypłynęła razem ze mną jakoś rozpierzchła się pomiędzy kolorowymi domami. Dzięki temu, z przyjemnością niespiesznie spacerowałam wzdłuż kanałów i łapałam pierwsze promienie styczniowego słońca.





W drodze powrotnej miałam w planach pospacerować również po słynnej na całym świecie z wyrobów z weneckiego szkła wyspie Murano. Niestety przebyte niecały miesiąc wcześniej zakażenie szalejącym koronawirusem dało mi się we znaki i energii oraz sił wystarczyło mi tylko na krótki spacer. “Złapałam” więc najbliższe vaporetto, którym wróciłam do Wenecji, a Murano zostawiłam sobie na kolejną wizytę.


Podczas kilku dni przemierzyłam wiele kilometrów wzdłuż weneckich kanałów. Nie zliczę, ile razy chciałam przechytrzyć Google Maps i skrócić sobie drogę, a zamiast tego wychodziłam na końcu ślepego zaułka. Z tą różnicą, że na jego końcu zamiast ściany był kanał, ale nie było mostu, po którym mogłabym przejść na jego drugą stronę 😉. I chyba na tym polega urok Wenecji. Tak, jak przewidziałam, najprzyjemniejsze były wieczorne spacery, kiedy większość turystów wyjeżdżała z miasta i mogłam, odkryć jakie jest ono naprawdę. Muszę przyznać, że jest przepiękne, jedyne w swoim rodzaju i nie sposób oprzeć się jego urokowi. Z drugiej strony nadal mam z nim pewien problem, ale czuję, że chciałabym wrócić i poznać je lepiej. Powszechnie wiadomo, że “do trzech razy sztuka”, a ja jestem mistrzynią dawania kolejnych szans, więc chętnie dowiem się o Waszych ulubionych miejscach i poznam Wasze sposoby na pokochanie Wenecji. Pomóżcie 😉







