Smaki Sycylii

Mówi się, że kto przyjeżdża na południe Włoch, płacze trzy razy: pierwszy – przyjeżdżając, drugi – wyjeżdżając i trzeci – po powrocie do domu, kiedy się waży 😉. Coś w tym jest, kuchnia Sycylii jest wyjątkowa, a tutejszych smaków próżno szukać na półwyspie. Chcąc sobie oszczędzić tych popowrotowych łez, lepiej na wagę nie wchodzić.

Oczywiście kuchnia, jaką serwuje się na Wyspie Słońca, jest tak samo zróżnicowana jak i sama Sycylia. Wszędzie można zjeść dania ze świeżymi owocami morza, czy lody serwowane w brioche, granity czy cannoli. Jednak doskonale wiemy, że w całych Włoszech kuchnię najlepiej smakować lokalnie i niektórych specjałów znacznie lepiej spróbować na wschodzie, a innych w zachodniej części i uwierzcie mi, że smakują inaczej.

Co jada się w Katanii i okolicach? Tutejszy przysmak to konina. Przyznam, że miałam opory przed jego skosztowaniem i nie byłąm w stanie tego zrobić. Jem mięso i może uznacie mnie za hipokrytkę, ale dla mnie koń jak pies – przyjaciel, a przyjaciół się nie zjada 😉.
Na śniadanie Sycylijczycy jedzą granitę – mrożony deser na bazie kawy lub soków owocowych, głównie z wszechobecnych na wyspie cytryn lub pomarańczy. W przeciwieństwie do sorbetu granita ma ziarnistą strukturę (stąd jej nazwa), najczęściej zamawia się ją ze słodką bułeczką – brioche, którą łamie się na kawałki i moczy w deserze. Najprawdopodobniej deser ten dotarł w te okolice wraz z najazdem Arabów, a do jego wykonywania używano śniegu leżącego na zboczach Etny. Skoro Sycylia to oczywiście pistacje. Właśnie z tego “zielonego złota” Słynie niewielkie Bronte, w którym w październiku  odbywa się nawet Festiwal Pistacji (Sagra del Pistacchio).
Jako, że bliżej mi do wielbicielki słonych smaków niż “słodkiej dziewczyny”, prawdziwym cudem były dla mnie pistacje jako dodatek do… dań wytrawnych. Oczywiście nie pogardzę dobrym cornetto z kremem pistacjowym, ale zdecydowanie bardziej smakował mi makaron lub pizza z dodatkiem tych popularnych ostatnio orzechów, szczególnie przypadła mi do gustu pasta z pesto pistacjowym z dodatkiem masła. Pamiętałam jednak o trzecim powodzie do płaczu przy okazji wizyty na południu, więc z bólem serca ograniczyłam spożycie tego dania 😉.
Będąc w Katanii nie sposób nie wspomnieć o tutejszym najsłynniejszym deserze czyli cyckach św. Agaty (minne di Sant’Agata). To nic innego jak nasączony likierem biszkopt wypełniony ricottą, polany lukrem i ozdobiony na szczycie kandyzowaną wisienką. Swoim kształtem przypominają kobiecą pierś. Ciastko upamiętnia męczeńską śmierć św. Agaty. Ta dziewczyna ze znamienitego sycylijskiego rodu złożyła śluby czystości i odrzuciła zaloty rzymskiego prefekta Katanii Kwincjana. Za karę została sprzedana do domu publicznego, a po rozpoczęciu prześladowań chrześcijan skazano ją na tortury, podczas których obcięto jej piersi i rzucono na rozżarzone węgle. Osobiście nie przypadł mi do gustu ten miejscowy przysmak, ale rozumiem, że może podbić serce niejednego łasucha.


Z kolei stacjonując w Palermo, czyli po zachodniej stronie wyspy, spróbowałam cannoli (chrupiące rurki wypełnione słodkim nadzieniem z ricotty) i były zdecydowanie lepsze niż te jedzone w na wschodzie, choć nadal nie jest to mój ulubiony włoski deser – najwyraźniej nie jestem fanką ricotty na słodko. Pokusiłam się także na lody podawane w brioche, słodkiej maślanej bułce. Ciekawe połączenie, ale zdecydowanie wolę lody w waflu, a bułkę w duecie z granitą 😉.
  Niemal codziennie zajadałam się tutejszymi arancine, czyli smażonymi panierowanymi kulkami z ryżu wypełnionymi smakowitym nadzieniem. Szczególnie przypadły mi do gustu te klasyczne, wypełnione ragù i zielonym groszkiem, ale opcji jest dużo – z bakłażanem, szynką, a nawet wege dla wszystkich, którzy mięsa nie jadają. W związku z poznawaniem lokalnej kuchni warto znać również ciekawostki językowe – w zachodniej części Sycylii to danie nazywa się arancina, czyli jest rodzaju żeńskiego i ma okrągły kształt przypominający pomarańczę. Z kolei na wschodzie skosztujecie tego samego specjału w rodzaju męskim – arancino, i ma ono kształt wulkanu, który również znajdziecie właśnie w tej części wyspy. Łatwo zapamiętać 😉.
Oczywiście wieczorową porą był czas na lokalne pasty i nie tylko. I tutaj bardzo przypadła mi do gustu ricotta, ale ta solona twarda, starta na gorący makaron ze świeżym bakłażanem czyli pasta alla norma. Cudowną sprawą w Palermo jest tutejszy street food, gdzie za niewielkie pieniądze można spróbować świeżych, lokalnych przysmaków takich jak owoce morza, ryby, wspomniane wcześniej arancine i wszystko, czego dusza zapragnie. Najbardziej smakowały mi roladki z miecznika i caponata czyli duszone warzywa: bakłażan, seler naciowy, kapary, oliwki, pomidory z dodatkiem octu winnego. Łączy w sobie wszystkie smaki: kwaśny, słodki i lekko gorzki i może być dodatkiem do dań głównych, ale wyśmienicie smakuje również samo lub z dodatkiem pieczywa. Ja właśnie skusiłam się na caponatę w bułce, kupioną na targu Ballarò. Ciekawym smakiem było również połączenie panelle e crocchè, czyli placki z mąki z ciecierzycy i smażone krokieciki ziemniaczane. W prostocie siła.
Nie odważyłam się skosztować jednego z tutejszych specjałów, a konkretnie bułki ze śledzioną (pane con la milza). Niestety widok ugotowanej śledziony, wkładanej do kanapki odrzucił mnie, choć wahałam się do ostatniej chwili i naprawdę byłam gotowa ją zjeść.

caponata w bułce

Oczywiście to tylko ułamek kulinarnych dobroci, jakie oferuje Sycylia, ale nie zamierzam wymądrzać się na temat tego, czego sam nie spróbowałam. Przy kolejnych wizytach na pewno będę odkrywać dalej nieznane mi smaki, może nawet odważę się skosztować tego, co podczas pierwszej wyprawy mnie odrzuciło. Z pewnością opiszę Wam tutaj swoje doświadczenia i bez ogródek powiem czy nowości przypadły mi do gustu, czy niekoniecznie. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *